Relacje

Relacja z zawodów Obedience w Warszawie (Krzysztof Ostrowski) - 11.05.2008

 

Czy Obedience to posłuszeństwo? Posłuszeństwo na co dzień? Nie, Obedience to sport, sport, który ma niewiele wspólnego z posłuszeństwem na co dzień. Jest to dyscyplina sprawdzająca umiejętności przewodnika polegające na przekazaniu psu tego, czego się od niego oczekuje.

Na zawody Obedience w Warszawie przyjechali zawodnicy z całego kraju. Niektórym zależało, żeby jak najlepiej się zaprezentować, zdobyć jak najwięcej punktów, porównać się z najlepszymi, wygrać. Ale w zawodach biorą udział także i tacy, którzy ćwiczą z psem dla przyjemności i dla zabawy.

Jak w prawdziwym sporcie na zawodach Obedience nie jest ważne pochodzenie, rasa, kolor skóry czy płeć. Suki, psy, kastraty, wnętry, rodowodowe i mieszańce, wszystkie oceniane są w identyczny sposób, według tych samych kryteriów. Sędzia patrzy na pracę psa z przewodnikiem, a nie na wrodzone cechy czy eksterier. I to chyba jest najpiękniejsze w tym sporcie. To sport dla każdego. Może to trochę patetycznie brzmi, ale bez tego nie da się oddać atmosfery panującej na zawodach OBI.

Już wchodząc na teren zawodów, można rozpoznać, kto przybył konkurować na poważnie, a kto jedynie dla zabawy. Część psiaków razem z właścicielami czeka na kocykach na swoją kolej, a część siedzi w swoich klatkach, przykryta kocykami, żeby się nie rozpraszała.

Odprawa klasy "0" odbyła się bardzo wcześnie, bo już o 9.30. Zaraz potem miało miejsce losowanie numerów startowych i zaczęły się pierwsze starty. Na odprawie bardzo istotne jest to, że sędzia omawiając kolejne ćwiczenia, mówi, co będzie oceniał surowo, a co jest dla niego mniej ważne. My wylosowaliśmy numer startowy "10" z czternastu możliwych, czyli teoretycznie „kiepsko“ - trzeba długo czekać, pies się męczy, przewodnik też ma dodatkowy stres zwiazany z obserwacją wystepów innych osób. Postanowiliśmy uspokoić Miles’a jak to tylko możliwe i po spacerku "toaletowym" schowaliśmy się w cieniu, czekając na swoją kolej. Jednocześnie obserwowaliśmy pracę sędziego. Oceny były surowe. Największy nacisk kładziony był na relacje przewodnika z psem. Najmniejszy nacisk fizyczny na psa pociągał za sobą żółtą kartkę. Czerwone kartki pojawiały się natomiast między innymi za stosowanie „dopingu“ (np. piłeczka w małej kieszonce przewodnika) i za opuszczenie ringu przez psa. W efekcie trzy psy zostały zdyskwalifikowane.

Po zakończonym starcie numeru 8 zostalismy poproszeni przez sędziowskich pomocników o wejście na ring dla osób, które przygotowują się do startu. W tym czasie na ringu prezentował swoje umiejętności zawodnik z numerem 9. To bardzo fajna zasada, która niesamowicie usprawnia przebieg zawodów, skracając do minimum ich czas. Jeśli nikogo nie ma na placu rozgrzewającym, pomocnicy mają czas na znalezienie zagubionego zawodnika.

Sam przebieg naszego występu można opisać tak: Ola razem z Milesem są już obok ringu, Ola stara się obudzić mocno uspokojonego psa. Patrząc na nich z daleka, można pomyśleć, że wygladają świetnie: Miles wpatrzony w Olę, Ola skoncentrowana. Będzie dobrze. Już na samym ringu sytuacja troszkę się zmienia. Miles jest wyluzowany. Ola i  pies witają się z sędzią, potem kolejne ćwiczenie, czyli 1 minuta spokojnego leżenia psa w odległości 10 metrów od stojącego do niego tyłem przewodnika. To Miles uwielbia, może tak leżeć i leżeć :-) Następne ćwiczenia to chodzenie na smyczy, przywołanie, skok przez przeszkodę i zmiany pozycji z „siad“ na „waruj“ i z „waruj“ na „siad“. Wszystkie wykonane poprawnie, lecz nie na tyle dokładnie, aby zdobyć maksymalną liczbę punktów. Ale na to przyjdzie jeszcze czas, wszak to tylko zabawa.

Trzynaście psów, trzy zdyskwalifikowane, my kończymy z lokatą 10 / 13. Jesteśmy ostatni z tych, którzy ukończyli. Na 100 możliwych punktów otrzymujemy 70.

Po co na zawody przyjechaliśmy? Przyjechaliśmy, żeby wygrać i wygraliśmy: występ zaliczony został pozytywnie. No i ta ogromna frajda :-)

Oceniając ogólnie zawody, trzeba podkreślić, że zostały one przygotowane profesjonalnie. Bardzo dobra organizacja skróciła maksymalnie czas trwania kolejnych konkurencji, co przy słonecznej pogodzie miało bardzo duże znaczenie dla kondycji zawodników. W czasie gdy organizatorzy zmieniali ustawienie przeszkód na ringu, następowało ogłoszenie wyników i rozdanie dyplomów, co powodowało, że na kolejnych, wyższych klasach, w obrębie ringu było coraz mniej ludzi, więc też mniejsze rozproszenie dla pracujących psów.

Zawody były oceniane przez jednego z najlepszych polskich sedziów p. Jacka Lewkowicza, sędziego surowego i bardzo dokładnego, który jednocześnie bardzo szczegółowo omawiał z każdym zawodnikiem jego błędy.

Podsumowując, świetna organizacja, wysoki poziom startujących, surowy sędzia i piękna wiosenna pogoda, to chyba wszystko, czego trzeba, aby zawody zaliczyć do udanych.

 

 

Krzysztof (tora) Ostrowski
Labrador Retriever Team

 

 

[powrót]