Relacje

Relacja z Konkursu Pracy Retrieverów w Biskupinie (Andrzej Kiljański) - 29.08.2009

Ubiegłoroczny sezon konkursów pracy retrieverów, w którym zadebiutowała moja suka, Tola (TARANTULA Herbu Zadora) i ja jako mener, nie był dla nas zbyt udany. Z konkursu w Ominie wykluczyła nas borelioza Toli. W Malanowie natomiast, idąc pewnie na dyplom II stopnia i przyzwoitą lokatę, Tola wyzerowała ostatnią konkurencję - włóczkę bażanta. W krakowskim konkursie w Zatorze, po pierwszej konkurencji, czyli znów wyzerowanej włóczce bażanta, Tola powędrowała do samochodu i została tam już do końca imprezy. Najlepiej wypadliśmy na międzynarodowym konkursie pracy retrieverów w Czerniejewie, gdzie Tola miała 113 pkt., ale nie zdobyła dyplomu z powodu wyzerowania, tym razem, aportu z szuwarów. O czerniejewskim konkursie napisałem w swojej relacji, którą można przeczytać tutaj.



Niepowodzenia w debiutanckim sezonie Toli, w którym startowałem z mającą wtedy 2 lata suką, nie zniechęciły mnie do dalszej pracy i do startów w konkursach. Te porażki sporo mnie nauczyły i miałem nadzieję, że moją Tolę również. W trakcie przerwy pomiędzy sezonami konkursowymi spokojnie, bez wielkiej presji pracowaliśmy nad największą jej słabością, czyli nad włóczkami. Ćwicząc aporty z lądu czy wody doszlifowaliśmy (jak mi się wydawało) wytrzymanie i pozostałe elementy aportu, a Tola, która zawsze miała bardzo miękki chwyt, zaczęła bardzo pewnie nosić aporty i jeszcze pewniej, oddawać je w siadzie.

Od kilku miesięcy nie zdarzyło się jej na treningu zerwać aportu lub nie oddać go w siadzie. Poza włóczkami sporo pracowałem nad markingiem, ale nie ćwicząc typowego, regulaminowego markingu, bo ten robiliśmy rzadko, lecz ćwicząc "pamięć" na pojedynczych aportach, miotanych bardzo daleko od psa, nawet około 100 metrów, po które wysyłałem ją dopiero po kilku, czasami kilkunastu minutach. Robiłem to w ten sposób, że komendą "zostań" zostawiałem Tolkę w miejscu, sam odchodziłem na kilkadziesiąt metrów od niej, rzucałem aport, wracałem do niej i komendą "równaj noga" zabierałem ją na krótki spacer w przeciwnym kierunku. Po kilku, kilkunastu minutach wracałem z nią w miejsce, z którego wcześniej obserwowała upadek aportu i dopiero wtedy ją wysyłałem.



Jadąc na pierwszy tegoroczny konkurs pracy retrieverów do Biskupina, nie robiłem sobie wielkich nadziei, ale miałem świadomość, że jadę z suką przyzwoicie przygotowaną, tak jak przyzwoicie można przygotować do konkursu psa domowego, trochę rozpieszczonego kanapowca, z bardzo jeszcze małym doświadczeniem w łowisku. Bardzo chciałem ukończyć konkurs i zdobyć z nią dyplom. Chociaż  przyznaję, że po cichu marzyłem o medalowym miejscu na podium.

W Biskupinie wylosowałem numer "1", więc rozpoczęcie pierwszej konkurencji, którą było posłuszeństwo przypadło mnie i Toli. Poszło nam bez żadnych niespodzianek, czyli 3 x "4", chociaż muszę przyznać, że podczas chodzenia przy nodze, cały czas musiałem na nią "warczeć" pod nosem, bo tej coś się ubzdurało, że idzie na włóczkę i zaczynała odchodzić od nogi, więc z najwyższym trudem utrzymałem ją przy sobie. Widać było, że Tolka jest nakręcona, bo już poczuła zapach prochu, zwierzyny i myślała, że jest na polowaniu. Na szczęście nie zanotowaliśmy na posłuszeństwie żadnej straty, bo przywołanie jednym krótkim gwizdkiem poszło nam wzorowo, podobnie jak pozostawanie w miejscu ze strzałem, które nigdy nie sprawiało jej żadnego problemu. Myślę, że dobre oceny z posłuszeństwa to efekt naszych treningów oraz startów w zawodach obedience.



Na kolejne konkurencje, czyli aport z lądu i aport z wody musieliśmy przejść nad jezioro. W parę minut odbyliśmy ten krótki spacerek i już meldowałem sędziemu gotowość do startu. Bardzo ciekawie zaplanowany sposób rozegrania tych dwóch konkurencji w jednym miejscu polegał na tym, że pomocnicy wypuszczali z klatki żywą kaczkę, która miała być strzelana nad lądem, następnie po zaaportowaniu, ta sama kaczka miała być miotana na wodę, w konkurencji aport z wody. Tak się to odbywało w przypadku wszystkich psów, poza Tolką :-). Kiedy Tola siedziała gotowa do konkurencji aport z lądu o czym zameldowałem sędziemu, kaczka uciekła pomocnikom wypuszczającym ją z klatki i poleciała nad wodę. W tym momencie nastąpiła natychmiastowa zmiana planu. Sędzia błyskawicznie zszedł nad brzeg jeziora i mnie kazał zrobić to samo. Zbiegliśmy kilka metrów w dół, ja posadziłem zdezorientowaną Tolę, a sędzia strzelił w tym momencie kaczkę. Wszystko trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund. Tola w tym ogólnym zamieszaniu na szczęście wytrzymała i ruszyła dopiero po komendzie. Kaczka leżała na wodzie dość daleko, chociaż na pewno nie dalej niż 40 metrów, bo celny strzał z broni gładkolufowej na większą odległość jest dosyć trudny :-). Tola wbiegła do wody, a ja obawiałem się, czy ona w ogóle widzi leżącą na wodzie kaczkę. Wkrótce moje obawy okazały się być zupełnie nieuzasadnione. Tola popłynęła po kaczkę niczym motorówka, dokładnie w punkt i szybko wróciła. Wyszła na brzeg, oddała ją w siadzie, za co otrzymała w pełni zasłużone 4 pkt. i słowa pochwały od sędziego.

Za chwilę, w tym samym miejscu, tylko zwróceni w kierunku pola,  przystąpiliśmy do konkurencji aport z lądu. Pewny wytrzymania Toli i tego, że poradzi sobie z tak daleko miotanym aportem, bo przecież obserwowanie i zapamiętywanie miejsc upadku aportu dokładnie w ten sposób trenowaliśmy, z zupełnym spokojem obserwowałem coraz bardziej oddalających się od nas, pomocnika i strzelca. Muszę przyznać, że nawet wolę, gdy zwierzyna miotana jest znacznie dalej niż pod nogi psa i menera, bo takie krótkie aporty prowokują psa do zrywania. W końcu pomocnik rzucił kaczkę i padł strzał, a Tola równocześnie ze strzałem, bez komendy, ruszyła po aport. Cała reszta tego bardzo długiego, chyba nie mniej niż 50-60 metrowego aportu (niektórzy twierdzili, że to było nawet 80 metrów) była bez zarzutu. Dojście w pełnym pędzie, idealnie w punkt, podjęcie bez wahania, powrót w prostej linii i oddanie w siadzie. Dostaliśmy ocenę „3”, a sędzia bardzo żałował, ze musi odjąć jeden punkt za zerwanie. Rozegrana na rżysku, nad brzegiem jeziora, przy pięknej słonecznej pogodzie, konkurencja aport z lądu była konkurencją bardzo efektowną i widowiskową. Właśnie z powodu tych dalekich aportów, do których, niestety, nie wszystkim psom udawało się dochodzić w punkt. Strzelane, żywe kaczki, spadały daleko od psów i niektóre z nich miały problemy z trafieniem do nich.



Następną konkurencją był aport kaczki z szuwarów. Kilka chwil przerwy przed kolejną konkurencją, podczas której wróciło wspomnienie nie wyjętej z szuwarów kaczki na konkursie w Czerniejewie,  na szczęście nie trwało długo. Mój pierwszy numer startowy nie dawał mi zbyt dużo czasu na rozmyślania i na snucie czarnych scenariuszy. Po kilku minutach zostałem poproszony na stanowisko.  Padł strzał, a miotana kaczka spadła bardzo blisko, chyba nie dalej niż 5 metrów od nas. Wypuszczona komendą "aport" Tola, wpadła w szuwary, przeszła za leżącą kaczkę o dobre 10 metrów dalej, a ja w tym momencie już widziałem "0" w karcie oceny za tę konkurencję. Na szczęście Tola szybko „włączyła” nos i od strony wody weszła w szuwary, podjęła kaczkę, wyszła z nią na brzeg i pewnie oddała mi ją w siadzie. Kolejne 4 pkt. trafiły na jej konto, a mnie spadł kamień z serca, chociaż dopiero teraz poziom adrenaliny zaczął wzrastać, bo przed nami były włóczki, które do tej pory były piętą achillesową Toli.



Całe szczęście, że nie zaczynaliśmy od włóczek, bo wtedy mogłoby być różnie. Rok temu, kiedy Toli zdarzało się wystrzelić na włóczkę jak pershing i przechodzić obok bażanta lub królika, bywało, że rezygnowała i wracała do mnie bez aportu. Od kilku miesięcy jednak takie rzeczy już się jej nie zdarzają. Nawet jak pogubi się na włóczce, to okłada pole do skutku, aż znajdzie. Nasze treningowe włóczki, bywa, że mają 300 - 400 metrów i wiele załamań, najczęściej pod kątami prostymi, dlatego miałem nadzieję, że w najgorszym przypadku tak się właśnie stanie i zaliczymy włóczki, chociaż na ocenę "2" lub "1". Silnie wiejący tego dnia wiatr  w Biskupinie nie nastrajał mnie jednak przed włóczkami zbyt optymistycznie. Na szczęście startowaliśmy z numerem "1" i, jak się później okazało, przy blisko kładzionych obok siebie włóczkach, nie było ryzyka, że rozpędzona Tola wpadnie na sąsiednią włóczkę.



Pierwsza była włóczka bażanta. Zameldowałem się sędziemu i zaczęliśmy. Od miejsca, w którym leżały pióra podprowadziłem ją kilka kroków i wypuściłem. Popatrzyłem przez moment na dosyć spokojny jak na nią początek pracy i odwróciłem się do niej plecami, patrząc na sędziów obserwujących pracę Toli. Po chwili zapytałem sędziów: - jak idzie?, a w odpowiedzi usłyszałem: - dobrze, proszę się odwrócić, bo już wraca. Odwróciłem się i zobaczyłem Tolę z bażantem w kufie. Reszta tej konkurencji to była już tylko formalność i kolejna "4" wylądowała w jej karcie ocen.

Odetchnąłem głębiej, ale to była dopiero połowa sukcesu. Teraz czekała nas włóczka królika, na którą musieliśmy trochę poczekać. Czas dłużył się niemiłosiernie. Włóczki były ciągane w pobliżu miejsca, w którym odpoczywaliśmy. Starałem się trzymać Tolę w samochodzie z włączonym silnikiem i klimatyzacją i szczególnie dbałem o to, żeby nie zauważyła pomocników ciągnących włóczki. Tego pies nie powinien widzieć, szczególnie Tola.



W ubiegłym roku podczas konkursu w Zatorze pozwoliłem Toli obserwować zakładanie włóczek i najprawdopodobniej właśnie to było powodem, że wyzerowała tam pierwszą konkurencję, którą była właśnie włóczka bażanta. Nakręcona patrzeniem na zakładanie włóczek, Tola, kiedy ją wypuściłem, zamiast pracować nosem, prawie na oślep okładała pole.

Później, w następnym konkursie, w Czerniejewie, przypilnowałem, żeby do ostatniej chwili nie wiedziała, że idzie na włóczkę i poszło jej wtedy dobrze, na oceny "3" i "4". Tola, kiedy widzi, że zakłada się włóczkę, wie, że zaraz będzie pracowała. Jak czas oczekiwania na pracę się wydłuża, wtedy robi się niespokojna i chce jak najszybciej dojść do zwierzyny. Puszczona na włóczkę, rusza więc wtedy jak pershing i przestaje pracować nosem, a dokładnie dolnym wiatrem.

W końcu poproszono nas na włóczkę królika. Na stanowisko poszedłem jak zobaczyłem, że wrócił już na miejsce pomocnik, który włóczkę ciągnął, żeby jak najdłużej nie dać Toli zobaczyć, co będzie robiła. Zameldowałem sędziemu gotowość do startu w konkurencji, dałem jej do nawąchania turzycę na początku włóczki, podszedłem z nią parę kroków naprzód i wypuściłem. Tola ruszyła dużo szybciej niż na włóczce bażanta. Nie wróżyło to nic dobrego, dlatego znowu szybko odwróciłem się do niej plecami, patrząc na reakcję sędziów. Po chwili usłyszałem; - przeszła, za daleko załamała. W tym momencie pomyślałem, że to może być dla nas koniec zawodów. Za chwilę usłyszałem: - poradzi sobie, już się naprowadza. Nie wytrzymałem i odwróciłem się w stronę Toli i zobaczyłem ją w momencie, kiedy podejmowała z ziemi królika. Ufff, odetchnąłem z ulgą. Wiedziałem już, że tej konkurencji Tola nie wyzeruje. Końcówka włóczki bez niespodzianek. Tola ładnie oddaje królika w siadzie i mamy na koncie ocenę "3".



Został nam tylko marking, który Tola robi prawie zawsze bardzo ładnie. W ubiegłym roku, w Czerniejewie, kiedy robiła marking już po wyzerowanym aporcie kaczki z szuwarów, któryś z sędziów powiedział, że za taki marking, gdyby mógł, dałby nie "4", ale "5". Było mi wtedy bardzo miło.

Na marking czekaliśmy jeszcze dłużej niż na włóczkę królika, bo konkurs w Biskupinie trochę przyhamował, właśnie na włóczkach, z którymi psy miały tam, chyba najwięcej problemów, ale to oczekiwanie nie było już tak nerwowe, bo marking to dosyć mocna strona mojej suki. Chociaż nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć i pewnym to można być dopiero po zakończonej konkurencji. Dlatego delikatny niepokój był. O biskupińskim markingu wiedziałem wtedy tylko tyle, że będzie rozgrywany w burakach, czyli teren prawidłowy i zgodny z regulaminem. Miałem trochę czasu i zacząłem kalkulować :-). Wiedziałem już, że jeśli Tolka czegoś nie popsuje, to będziemy mieli dyplom I stopnia i wysoką lokatę w konkursie.

Z tych kalkulacji wyrwał mnie głos sędzi, która poprosiła mnie na ostatnią naszą konkursową konkurencję. Zameldowałem się i ostatnią moją myślą było wtedy, żeby Tola tylko nie zerwała. Padły dwa kolejne strzały (raz broń odmówiła posłuszeństwa), w powietrze poleciały rzucone przez pomocnika trzy ptaki, sędzia strzelił trzeci raz, Tola wysiedziała, czyli mieliśmy połowę sukcesu za sobą.  Dwa bażanty i jedna kaczka, które były miotane, spadły dosyć blisko w niewysokie buraki. Wysłałem Tolę po pierwszy aport, ale już wtedy wiedziałem, że wszystko będzie OK. I rzeczywiście, żadnej niespodzianki nie było. Tola szybko i pewnie wyniosła zwierzynę z buraków, oddała ją w siadzie, za co otrzymała kolejną ocenę "4".

Skoro jestem już przy markingu, chciałbym napisać kilka słów na ten temat. Marking w Biskupinie, był czwartym, konkursowym markingiem Toli i moim szóstym (dwa robiłem z moją drugą suką). Tylko jeden z nich, ten z ubiegłorocznego konkursu retrieverów w Czerniejewie, zupełnie i do końca wyglądał tak jak marking powinien wyglądać, przynajmniej tak jak ja to sobie wyobrażam. Zwierzyna była tam miotana rzeczywiście na 30 metrów przed psa, każda sztuka rozrzucona co 15 metrów, a teren, na którym konkurencja była rozgrywana, czyli niewysoka trawa (do pół łydki) powodował, ze pies nie widział leżącej zwierzyny, ale mógł dokładnie widzieć miejsce jej upadku, a komisja sędziowska mogła obserwować, czy pies idzie po każdego ptaka w punkt (co oznacza, że pies pamięta miejsce upadku) i nie podmienia zwierzyny, co jest dużym błędem w pracy retrievera. Z ubiegłorocznych konkursów, najgorzej pod tym względem zorganizowany był marking w Malanowie pod Łodzią, gdzie począwszy od tego, że marking oceniały dwie różne komisje sędziowskie, to na domiar złego część psów rozgrywała konkurencje na.....rżysku, część w wysokich pokrzywach, a kolejna grupa w zagajniku. Czy w takich zróżnicowanych warunkach i przy dwóch komisjach sędziowskich na tej samej konkurencji, można obiektywnie ocenić pracę psów oraz ich koronną umiejętność zapamiętywania miejsca upadku zwierzyny ?

Na tym tle organizacja biskupińskiego markingu wypadła bardzo dobrze. Gdyby jeszcze zwierzyna była miotana trochę dalej to byłoby wzorowo, czyli tak, jak w Czerniejewie w ubiegłym roku. Podczas markingu w niewysokiej uprawie, nie ma żadnych przeciwwskazań do tego, żeby osoba miotająca zwierzynę, śmiało, na 15 metrów, wyszła przed menera i stamtąd rozrzuciła trzy sztuki ptactwa, szeroko, co 15 metrów i kolejne 15 metrów dalej od psa, tak żeby pies do każdej leżącej sztuki ptactwa miał około 30 metrów. Do omawiania sposobów rozgrywania markingu wrócę jeszcze przy okazji relacji z tegorocznego konkursu w Ominie.

Po zakończonym markingu pozostało nam już tylko oczekiwanie na wyniki naszych konkurentów. Wiedziałem już, że nie może nas wyprzedzić starsza o rok od Toli, Pola (BŁYSZCZĄCA W SŁOŃCU Niesforne), kolegi Wiesława Kaweli, więc nasz końcowy wynik zależał od wyniku jaki uzyska na markingu CAŁKA kolegi Marka Rogoża. Wszystko skończyło się zgodnie z oczekiwaniami. CAŁKA zaliczyła marking na "4" i już mogłem od koleżanek i kolegów odbierać gratulacje za zdobycie II miejsca i pierwszego dyplomu Toli zdobytego w konkursie pracy retrieverów.



Gospodarzom konkursu w Biskupinie, dziękuję za bardzo dobrą organizację. Wszystkim uczestnikom konkursu dziękuję za prawdziwie sportową rywalizację i miłą atmosferę. Do zobaczenia w Biskupinie w przyszłym roku !

Ten biskupiński dyplom I stopnia i II lokatę Toli, dedykuję mojemu najwspanialszemu labradorowi, Loli (FAJNA LOLA Herbu Zadora), która nie zdążyła wziąć udziału w żadnym konkursie pracy retrieverów, i już od ponad 3 lat, realizuje swoje retrieverowe pasje za Tęczowym Mostem.





Dziękuję Remigiuszowi Oprządkowi ze Stowarzyszenia Klubu Labradora za udostępnienie jednej z fotek mojej Loli.

Andrzej Kiljański
Labrador Retriever Team

 

 

[powrót]