Relacje

Krajowy Konkurs Tropowców i Posokowców, VI Memoriał im. Macieja Sołtysińskiego w Klosnowie (Andrzej Kiljański) - 13.10.2007

Na Krajowy Konkurs Tropowców i Posokowców, VI Memoriał im. Macieja Sołtysińskiego, który odbył się w Klosnowie pod Chojnicami w dniu 13 października 2007 r., wyruszyłem ze Skierniewic o 3:00 rano. Decyzję o starcie w konkursie tropowców podjąłem dwa tygodnie wcześniej. Wprawdzie lista uczestników konkursu była już wtedy zamknięta, ale kolega Władek Hoff  zrezygnował z udziału w konkursie i udostępnił mi swoje miejsce. Organizatorzy konkursu nie stwarzali w związku z tą zamianą żadnych problemów i w ten oto sposób znalazłem się na liście uczestników Memoriału im. Macieja Sołtysińskiego,  razem z moją 18 miesięczną wtedy suczką Tolą (TARANTULA HZ). Dopiero wtedy, kiedy organizatorzy konkursu potwierdzili przyjęcie mojego zgłoszenia, zdałem sobie sprawę, na co się rzuciłem. Wycofać się nie mogłem, wstyd by było przed znajomymi i przyjaciółmi, a prawda była taka, że moja Tola nigdy nie była na prawdziwej kilkunastogodzinnej czy chociaż kilkugodzinnej sfarbowanej ścieżce tropowej. Owszem, często robiłem jej włóczki sztucznymi aportami, czasami prawdziwą zwierzyną (bażant, królik), byłem z nią parę razy na polowaniu na kaczki, bażanty, ale na ścieżce z prawdziwego zdarzenia Tola nigdy nie była. Wtedy nie wiedziałem, czy duża pasja myśliwska Toli przełoży się również na cierpliwość, pewność i wytrwałość, czyli na cechy dobrego psa tropiącego. Miałem niecałe dwa tygodnie na to, żeby to sprawdzić. Żeby się nie rozpisywać, konkursowa ścieżka była trzecią ścieżką, na której była Tola, do tego pierwszą tak długą. Jadąc na konkurs do Klosnowa zastanawiałem się jeszcze nad tym, jak moja suka zareaguje na martwe co prawda zwierzę na końcu śladu, ale w końcu prawdziwe zwierzę, a nie na starą, wysuszoną skórę dzika rozłożoną na tekturowym pudełku, albo na 5-litrowej butelce po wodzie mineralnej.

A wszystko to przez moje przekonanie, że zaliczenie konkursu tropowców nawet na dyplom I stopnia, nie jest dla labradora czymś nadzwyczajnym, ani szczególnym powodem dla chluby dla menera i jego psa, szczególnie kiedy zgłasza się psa do konkursu jako pracującego do końca na otoku. I że można tego dokonać bez jakiś nadzwyczajnych przygotowań. Co innego oszczekiwacz, a szczególnie oznajmiacz, to już wyższa szkoła jazdy. Niewiele brakowało, żebym musiał zweryfikować swoje poglądy. Ale o tym za chwilę.
Niemniej jednak nie zmieniłem zdania w innej ważnej kwestii. Uważam bowiem, że zaliczenie konkursu tropowców, jest potwierdzeniem jedynie tego, że mamy dobrego psa tropiącego, ale niekoniecznie doskonałego retrievera i że dyplom użytkowości myśliwskiej, labradory powinny zdobywać na konkursach retrieverów.

Do Klosnowa dojechaliśmy 15 minut przed rejestracją uczestników konkursu i losowaniem numerów startowych. Pierwszy numer startowy, który wylosowałem wydawał mi się bardzo dobry, bo nie pozostawiał czasu na myślenie i nerwy w oczekiwaniu na start. Przed konkurencją "odłożenie" psy, które nigdy nie brały udziału w żadnym konkursie, musiały przejść próbę strzału.
Oczywiście Tolka nie miała z tym żadnego problemu. Te kilka polowań na kaczki i bażanty, w których brałem z nią udział spowodowało, że na strzał Tolka reaguje tylko patrzeniem w niebo, czy przypadkiem coś nie spada. 

O 10:00 zaczął się konkurs. Konkurencja "odłożenie" była rozgrywana jednocześnie dla tropowców i posokowców. Jako pierwszy zaczął bawarczyk, z numerem startowym 1 w konkursie posokowców. My z naszym numerem 1 w konkursie tropowców, poszliśmy po nim. 

Żeby zaraz z Klosnowa nie wyjeżdżać, na wszelki wypadek uwiązałem Tolkę do drzewa. I dobrze zrobiłem, bo po pierwszym strzale Tolka, którą zostawiłem komendą „siad”, podobno wstała i jak się zorientowała, że jest uwiązana znowu usiadła. Sędzia wpisał do karty oceny “3” co mnożąc przez współczynnik 3 (psy niewiązane mają współczynnik 5), dało wynik 9 pkt. Mój kolega Władek Hoff miał rację, kiedy mi mówił, że polowania psują psy nieułożone, dopiero szykowane do startu w konkursach myśliwskich. Niestety Tolka na dźwięk strzału tak bardzo mocno się nakręca, że zrywa odłożenie. Ten problem nie występuje, kiedy mam ja przy nodze, ale przy odłożeniu na konkursie tropowców pies nie widzi menera. 

No i przyszedł czas na pracę na farbie. Pojechałem na ścieżki, trochę się pogubiłem i trafiłem na ścieżki posokowców. W końcu znalazłem swoją ścieżkę i sędziego. Zameldowałem się, dałem Toli wodę, ale ona i tak nie chciała pić, bo już była nakręcona strzałami. Nawet się wtedy nie spodziewałem, że tak szybko będziemy mieli dosyć tej ścieżki. 3/4 trasy prowadziło przez starą świerkową szkółkę, przez którą przeszedł jakiś orkan albo huragan. Trzeba było iść po leżących połamanych i uschniętych drzewkach i gałęziach. Nie było trawy, czy normalnego leśnego poszycia, tylko sterty starych, połamanych drzew i gałęzi. Linka co chwila plątała się i zakleszczała w tym rumowisku połamanych drzew. Zatrzymywało to szarpnięciem pracującą na śladzie Tolkę i wybijało ją z rytmu. Biedna nie wiedziała, czy to nie ja ją szarpię i co chwila odwracała się i patrzyła na mnie z wyrzutem. Sterty gałęzi załamywały się pod nią i pode mną. W tych warunkach trudno było iść psu i mnie, a pies musiał jeszcze utrzymać ślad. Zanim połapałem się w tym wszystkim i znalazłem na to lekarstwo zdążyliśmy zejść ze śladu pierwszy raz. W końcu znalazłem sposób na plączącą sie linkę i w miejscach szczególnie trudnych dawałem Tolce komendę "stój", a jak udało mi się doprowadzić do porządku  linkę i przedrzeć się do niej, dawałem jej komendę "naprzód, wąchaj". Niestety na tym pierwszym, bardzo trudnym odcinku ścieżki tropowej, zdarzyło się nam jeszcze jedno zejście ze ścieżki. W końcu doszliśmy do normalnego wysokiego lasu i do drugiego łoża. Wszyscy umordowani, Tolka, ja i sędzia chyba też. 

Wydawało mi się, że teraz to już będzie łatwiej i z górki. Dopiero jak zobaczyłem świeżo porytą przez dziki ziemię, zdałem sobie sprawę, że wcale nie musi być łatwiej. Pomylić się i zejść ze ścieżki trzeci raz już nie mogliśmy, bo był by to dla nas koniec konkursu.
No ale udało się nam przejść przez to miejsce bez żadnego błędu i weszliśmy w kolejną zniszczoną wiatrami szkółkę, ale to była już sama końcówka.
Po kilkudziesięciu metrach Tolka podeszła do leżącego na końcu dzika. Obwąchała go, polizała i padła obok. Za chwilę podjechał samochód z pomocnikami sędziego, którzy chcieli zabrać dzika na koniec następnej ścieżki. Tolka jeszcze się podniosła i obszczekała pomocników, co sędziemu bardzo sie spodobało. Za chwilę sędzia wetknął za obrożę Toli złom, wtedy już wiedziałem, że Tola zaliczyła swój pierwszy konkurs tropowców. 

A takie oceny dostaliśmy. Za pracę na otoku 2 pkt., współczynnik przeliczeniowy w tej konkurencji to 10 i dlatego 20 pkt. Zachowanie przy zwierzynie na maksa czyli 4 pkt. x współczynnik 6 = 24 pkt.. Współpraca z przewodnikiem i posłuszeństwo na maksa, czyli 4 pkt. x współczynnik 4 = 16 pkt. Razem z 9 pkt. za odłożenie dało to nam 69 pkt., dyplom III stopnia i 9 miejsce w stawce 12 psów. Wynik kiepski, ale pocieszył mnie pan sędzia, który po zakończeniu przez nas pracy na ścieżce stwierdził, że “szczęśliwy”, pierwszy numer startowy, oznaczał dla nas najtrudniejszą ścieżkę tropową, że wszystkich dwunastu ścieżek na konkursie. 

Z dwunastu startujących w konkursie tropowców psów dwa zdobyły dyplom I stopnia, dwa dyplom II stopnia i pięć dyplom III stopnia. Trzy psy konkursu nie zaliczyły (nie zdobyły dyplomu). 

Nie ukrywam, że trudy naszej pierwszej, konkursowej ścieżki tropowej, trochę zweryfikowały moje poglądy na temat konkursu tropowców. Niewiele brakowało, żebyśmy wracali do domu na tarczy. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. I chociaż nasz wynik nie jest powodem do dumy, to teraz czuję się naprawdę uprawniony do tego, żeby twierdzić, że:

“Zaliczenie konkursu tropowców nawet na dyplom I stopnia, nie jest dla labradora czymś nadzwyczajnym, ani szczególnym powodem dla chluby dla menera i jego psa, szczególnie kiedy zgłasza się psa do konkursu jako pracującego do końca na otoku. I że można tego dokonać bez jakiś nadzwyczajnych przygotowań.” 

Kilka słów chciałbym poświęcić organizacji konkursu, która moim zdaniem była bez zarzutu.Sympatyczni i życzliwi organizatorzy konkursu, komisja sędziowska oraz cała obsługa.

Miejsce rozpoczęcia konkursu to samo, gdzie po zejściu ze ścieżek wszyscy się schodzili i gdzie odbyła się dekoracja zwycięzców, pełne uroku. Grill pod strzechą, konie, dzik w zagrodzie, koty, psy, pełna sielanka. No i bardzo sympatyczna atmosfera pośród uczestników konkursu. Pogoda dopisała. Było chłodno, ale słonecznie. Tak więc wcale mi się nie nudziło kiedy siedziałem i oczekiwałem na zakończenie konkursu. A to było kilka dobrych godzin, bo za mną było na ścieżkach jedenastu zawodników. W tych okolicznościach przyrody potrawy z grilla i gorąca grochówka smakowały wyśmienicie. Dodatkową satysfakcję dała mi Tola, która swoim zachowaniem i posłuszeństwem wzbudziła ogólną sympatię u osób obsługujących konkurs. 

Ewelinie Marczak,  Małgosi Zaorskiej i Władkowi Hoff  bardzo dziękuje za wszystkie rady, jakie otrzymałem od nich przed konkursem.

  Andrzej Kiljański
Labrador Retriever Team

 
 

 

[powrót]