Relacje

Dogtrekking (Irena Jurkowska & Grzegorz Duda) - 13.10.2011


Jak pokazuje życie, dogtrekking można uprawiać zawsze i wszędzie.



Tegoroczny urlop udało nam się spędzić w miejscowości Omis w Chorwacji. Wybierając miejsce na wyjazd nie uwzględnialiśmy warunków do uprawiania tego sportu. Przyznajemy się, że miał być to urlop przede wszystkim dla nas, a nie dla psów.



Okazało się jednak, że w kraju znanym przede wszystkim z lazurowej wody są doskonałe miejsca do wspólnej wspinaczki z psem.



Chcąc obejrzeć twierdzę Stari Grad położoną na szczycie jednego z tutejszych wzniesień zabraliśmy ze sobą Sambę i Britę. Z uwagi na wysoką temperaturę wyprawę rozpoczęliśmy z samego rana.

 

Droga do twierdzy prowadziła przez żleb porośnięty piniowo-sosnowym lasem. Jeszcze na dobre nie weszliśmy na szlak, a już się zaczęły kłopoty, bo na początek trzeba było wspiąć się na wielki głaz. Bogatsi o doświadczenia w Pieninach, gdzie nie raz przyszło nam podsadzać psy, uporaliśmy się z tym problemem dosyć szybko. 



Czuliśmy jednak w kościach, że to miły początek niezłej przygody wspinaczkowej dla nas i dla naszych retrieverów. Przeczucia nas nie zawiodły. Trasa była stroma, a ścieżka usłana drobniutkimi kamyczkami, które na każdym kroku usuwały się nam spod stóp.



Samba i Brita poczuły zew dogrekkingowego psa i ciągnąc nas przez cały czas pomagały uporać się z tym podejściem. Tempo narzucone przez suczydła przyprawiło nas o ogień w płucach:) co kończyło się chwilowymi przystankami na wyrównanie oddechu.



Gdy wyszliśmy z lasu, naszym oczom ukazała się twierdza. Nie myślcie jednak, że już byliśmy u celu. Jak się okazało, to była dopiero połowa naszej wspinaczki. Teraz kamykowa ścieżka ustąpiła miejsca kamieniom, skałom, głazom. Nam tym samym było trochę łatwiej, ale dla naszych dziewczyn to było prawdziwe wyzwanie. Mieliśmy również świadomość, że ostre krawędzie skał mogły pokaleczyć łapy psom. Mogliśmy się wycofać lub iść dalej. Wybraliśmy to drugie.



Prowadząc dziewczyny przez najbardziej dogodną drogę doszliśmy do twierdzy. Potwornie zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi mogliśmy odpocząć delektując się zapierającym dech w piersiach widokiem.



Pogoda dopisywała, więc mogliśmy docenić piękno rozciągających się tutaj gór jak również lazurowego morza. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w drogę powrotną, która wcale nie okazała się prostsza. Samba pokonywała skały i kamienie niczym rasowa kozica, natomiast dla Brity, mniejszej i krótszej był to nie lada wyczyn. Czasami trzeba było po prostu wziąć labiszona na ręce i znieść.



Druga połowa zejścia, to znowu te usuwające się kamyczki. Suczydłom schodziło się tutaj super, nam już zdecydowanie gorzej, bo trudniej było utrzymać równowagę (Irena: Grzesiek nawet raz zaliczył ślizg na pośladkach).



Jednak cali i zdrowi dotarliśmy do miasteczka. Dziewczyny dostały śniadanko, a my po zimnym piwie. I tak oto zakończyła się nasza chorwacka dogtrekkingowa przygoda.

Irena Jurkowska i
Grzegorz Duda
Labrador Retriever Team

[powrót]