Relacje

Zawody Obedience klasy 0 w Sopocie (Andrzej Kiljański) - 11.08.2007


“Radość ze wzajemnej współpracy, najmocniej wiążącej psa z człowiekiem”
Zofia Mrzewińska

Gdyby istniał dekalog dotyczący psów, to te słowa Pani Zofii Mrzewińskiej powinny być jego pierwszym przykazaniem. Dotyczy to praktycznie wszystkich ras psów i ich przewodników, w tym również, a może nawet szczególnie, psów rasy Labrador Retriever i ich przewodników. Jako że głęboko w to wierzę, nie trzeba było mnie długo zachęcać, żebym z moją labradorką Tolą (TARANTULA HZ) spróbował sił w bardzo jeszcze młodej w Polsce dyscyplinie sportu kynologicznego, czyli w obedience.



Rzut oka na regulamin obedience klasy “0” tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że to łatwizna i nic wielkiego. Przecież egzamin PT stawia przed psem i jego przewodnikiem dużo większe wymagania niż program zawodów obedience klasy “0”. Tak wtedy sądziłem.



A później, jak to często bywa ze mną, wszystko potoczyło się bardzo szybko. W kwietniu 2007 roku Tola ukończyła kurs PT i zdała egzamin z wynikiem 194/200 pkt. W maju zaczęliśmy trochę ćwiczyć pod kątem planowanego na nieokreśloną przyszłość startu w zawodach obedience. W czerwcu zobaczyłem pierwsze  filmy z zawodów obedience w Krakowie na stronie www.obedience.pl, a w lipcu pierwszy raz obserwowałem zawody na żywo. A już na początku sierpnia jechałem na nasze pierwsze zawody obedience klasy “0”, rozgrywane podczas Międzynarodowej Wystawy Psów Rasowych w Sopocie w dniu 11 sierpnia 2007 roku.


Jadąc na zawody do Sopotu, wiedziałem o obedience trochę więcej niż jeszcze trzy miesiące wcześniej. Może nie była to jakaś szczególnie duża wiedza, ale wystarczająco duża, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że jedziemy do Sopotu po to, żeby zawody przede wszystkim ukończyć. Marzył mi się wynik powyżej 80 pkt, dający ocenę doskonałą, ale każdy inny nie zaskoczyłby mnie i przyjałbym go ze zrozumieniem i pokorą. Po obejrzeniu wielu różnych filmów z zawodów obi, rozgrywanych w Polsce i zagranicą, i po mojej wizycie na warszawskich zawodach obi,  już wiedziałem jak powinno wyglądać sportowe chodzenia psa przy nodze, jak pies powinien wykonywać komendy siad, waruj, zostań. Wiedziałem, jak powinno wyglądać przywołanie psa komendą  “do mnie”,  tylko nie wiedziałem jak, to osiągnąć. Pojechałem na zawody obedience do Sopotu z przyzwoicie wyszkolonym psem towarzyszącym, szkolonym tylko metodami pozytywnego wzmocnienia, ale nie szkolonym w taki sposób, w jaki szkoli się psy sportowe.


Na sopockie zawody pojechałem w towarzystwie mojego kolegi Grzegorza i jego czarnej Brity. Dla Grzegorza i Brity to były drugie zawody, dla mnie i Toli miał to być debiut  w ringu posłuszeństwa. Żeby psy miały szanse odpocząć po długiej podróży z centralnej Polski do Sopotu, na zawody wyjechaliśmy w piątek po południu z planem dojechania do Trójmiasta około 22:00. Nie do końca udało się nam ten plan zrealizować, ze względu na duży ruch i korki na trasie do Sopotu. Na miejsce dojechaliśmy około północy, później jeszcze kolacja, trochę pogaduszek i okazało się, że zaraz trzeba wstawać. I do tego ta pogoda. Było parno i nawet noc nie przyniosła ulgi. Ranek przywitał nas niebem zasnutym lekką mgiełką chmur, wysoką temperaturą i znowu parnym, ciężkim powietrzem. Taka pogoda nie jest ulubioną pogodą ani moją, ani Toli, która jest suką dużą i masywną. Tego dnia te  trudne warunki atmosferyczne lepiej znosili Grzegorz i Brita. No ale to zupełnie mnie nie dziwiło, bo Brita jest blisko dwa razy lżejsza od Toli, a Grzesiu blisko  dwa razy młodszy ode mnie :-).



Na sopocki Hipodrom dojechaliśmy na kilkanaście minut przed odprawą i losowaniem numerów startowych. Udało się nam zaparkować samochód w pobliżu ringu, na którym miały być rozgrywane zawody. Tego gorącego i parnego dnia miało to duże znaczenie, bowiem w przypadku złego losowania i długiego oczekiwania na start mogliśmy trzymać psy w klimatyzowanym aucie i spokojnie oczekiwać na swoją kolej. Los okazał się dla nas łaskawy. W stawce 21 par zgłoszonych do zawodów klasy „0“, wylosowałem 4-ty numer startowy. Grzegorz również wylosował nienajgorzej, bo numer startowy 6.


Kiedy w ringu startowała para numer 3, rozpocząłem z Tolą lekką rozgrzewkę. Rozgrzewka to może nie najlepsze określenie dla tego, co robiliśmy, ze względu na panującą tego dnia duchotę. Chodziło bardziej o rozruszanie snującej się ze smętnie spuszczonym łbem i ledwo chodzącej ze zmęczenia Toli, która bardzo źle znosiła warunki atmosferyczne panujące tego dnia.  Kto chociaż raz obserwował zawody obedience wie, jak powinien wyglądać dobrze pracujący w ringu pies. Energiczny krok, wesoło merdający ogon i cały czas na kontakcie wzrokowym z przewodnikiem. Trzy miesiące rzadkich treningów to trochę za mało, żeby Tola to potrafiła. Do tego ta pogoda i jeszcze komunikat ze stolika sędziowskiego, że po zawodniku z numerem 3, będzie krótka przerwa. Nie wiedziałem, co robić. Dalej próbować rozruszać Tolkę, czy dać jej odpocząć. Zadecydowałem, że pozwole jej odpocząć, ale nie dam jej spać.


W końcu zostalismy wywołani do ringu. Obawiałem się paraliżującej tremy, która potrafi zmienić człowiekowi głos. Wiem coś o tym, bo przydażyło mi się to na kolejnych zawodach obedience w Łodzi. Ale w Sopocie, kiedy wszedłem z Tolą do ringu, czułem zupełny luz i spokój. Żadnej tremy. Chciałem tylko ukończyć zawody, wiedziałem, że furory nie zrobimy i występ Toli nie będzie fajerwerkiem, ale wierzyłem w swoją sukę, że potrafi zaliczyć wszystkie konkurencje klasy „0“ na przyzwoitym poziomie psa towarzyszącego i że nie wyłamie się z żadnej komendy. I tak też się stało. Żadnych dużych błędów nie mieliśmy, jak również,  czego się spodziewałem, nie można było tego naszego występu zaliczyć do porywającego widowiska :-). Ot taka para średniaków, którzy w stawce 21 par zostali sklasyfikowani dokładnie  w środku, czyli na 11-tym miejscu. Lepszy od lokaty był wynik, który osiągneliśmy, czyli 92 pkt i ocena doskonała. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że sędziowanie było mocno pobłażliwe a sędzia główny zawodów przyznawał punkty za poszczególne konkurencje trochę na wyrost i na zachętę. W końcu w klasie „0“ startują początkujący.


Skoro jestem już przy sędziowaniu, to wspomnę tylko, że takie łagodne ocenianie zawodników startujących w klasie „0“ nie wszystkim się podoba. Jak sądzę, w założeniu ma to zachęcać i mobilizować do dalszej pracy początkujących zawodników. No ale co z tymi, którzy wybijają się ponad przeciętność ?  Czy dla nich takie sędziowanie nie jest krzywdzące ?  I czy rzeczywiście takie bonusowe  sędziowanie może zachęcić do dalszej pracy ?  Chyba nie wszystkich.

 

Później było kilka godzin oczekiwania na koniec zawodów i ceremonię dekoracji zwycięzców. Wtedy przydało się auto z klimatyzacją, które stało w pobliżu.  Zmęczona Tola szybko zasnęła, wkrótce dołączyła do niej Brita.

Klasę „0“ w Sopocie wygrała para Paweł Pawlak z psem Dragon z Grodu nad Mleczną (Owczarek Belgijski Malinois) z wynikiem  99 pkt.  Grzegorz z Britą, w swoim drugim starcie na ringu posłuszeństwa, zrobili kapitalny wynik 97 pkt. i zajęli w zawodach 6-te miejsce. 



 Wracałem do domu bardzo zadowolony i nie żałowałem, że dałem się namówić na start w zawodach obedience. Może komuś wyda się, że to mało ambitne cieszyć się z 11-go miejsca, ale dla mnie najważnieszy był sam udział w zawodach, ukończenie ich z przyzwoitym wynikiem i rzecz bezcenna, czyli wspomniana na wstępie,  radość ze wzajemnej współpracy, która najmocniej wiąże psa z człowiekiem.  Miło jest wygrywać, zdobywać tytuły mistrzowskie w ringach posłuszeństwa i championaty pracy w konkursach dla psów użytkowych, miło jest człowiekowi. Dla psa to bez znaczenia, czy będzie pierwszy czy jedenasty. Dla takiego psa jak labrador, najważniejsze jest to, że może coś z nami i dla nas zrobić.



Rok 2008 postanowiłem poświęcić na przygotowanie obu moich suk do startu w konkursach retrieverów i w tym roku nie planuję żadnych startów w zawodach obedience, chociaż kto wie, co się zdarzy. Asia Hewelt, aktualna Mistrzyni Polski Obedience w klasie „1“,  dzięki której połknąłem bakcyla posłuszeństwa sportowego i od której o posłuszeństwie sportowym wszystkiego się uczę, kiedy zobaczyła jak dzisiaj Tola dostawia się do nogi (film), powiedziała mi, że jest pod wrażeniem. Asia jest osobą bardzo wymagającą,  po prostu perfekcjonistka. Usłyszeć od niej pochwałę to coś wyjątkowego i naprawdę mobilizującego. A więc kto wie, może jeszcze zmienię plany ?

Andrzej Kiljański
 Labrador Retriever Team

    

 

[powrót]